Może? 06.12

Miałam wczoraj nietypowy, jak na mnie sen. Umierałam. Było to bardzo spokojne, ciche i błogie doświadczenie. Pełne światła i ciszy. Naprawdę bardzo odprężające. Czułam się nijako. Nie było ze mną szczęścia ani smutku. Neutralność. Najdziwniejszą częścią była końcówka- bo tyle zapamiętałam. Lub tyle właśnie było. Jakiś mężczyzna, który był ze mną, podarował mi rękawiczki, książkę i nabój. Ciekawe zestawienie na ostatnią podróż. Bardzo zajeżdża mi to w tym momencie bogiem i pewnego rodzaju, typowo chrześcijańskim wyobrażeniem śmierci.

Co jest dziwne bo w boga nigdy nie wierzyłam. Od dziecka wydawało mi się, że wszyscy dorośli, tak naprawdę tylko udają, że prawdziwie wierzą i traktują to jak zabawę. W mikołaja też nie wierzyłam. Nic konkretnego tego nie spowodowało. Nie nakryłam rodziców na podkładaniu prezentów, ani też nie znalazłam ich nigdy w szafie. Po prostu od zawsze czułam, że go nie ma. Nie czuję, że miałam przez to gorsze doświadczenia świąt. Wręcz przeciwnie. Bardziej doceniałam, to co dostawałam, bo wiedziałam, że to prezenty od rodziców. Dla mnie.

Od kiedy pamiętam jestem świadoma wielu rzeczy. Nigdy nic, nie jest dla mnie czarno-białe. Ciągle doszukuje się dobra w źle i na odwrót. Może dlatego mam tak narypane w głowie.

Komentarze

Dodawanie komentarzy dostępne po zalogowaniu

Zaloguj się